ROZDZIAŁ 9 – ATAK

Gilan usilnie ignorował odruch natychmiastowego sięgnięcia po broń.
Ręka go świerzbiła, o wiele bardziej wolałby walczyć, ale jeśli mieli kontynuować ryzykowną grę Willa i udawać ani trochę nie przejętych całą sytuacją, właśnie tak musieli postępować. Co innego, że wcale nie było to łatwe zadanie.
Jednak poczuł satysfakcję, gdy spostrzegł, że ich postawa wprawiła rabusiów w sporą konsternację. Zwiadowcy wydawali się nie okazywać najmniejszego strachu, a to natychmiast sprawiło, że złoczyńcy zaczęli czuć się nieswojo i zastanawiać się, co takiego ci dwaj mogli chować w zanadrzu. W końcu, gdyby nie to coś, nie zachowywaliby się tak spokojnie i niewzruszenie, racja? Napastnicy musieli być więc ostrożni.
Nagle najwyższy ze zbójów, prawdopodobnie dowódca całej bandy, zrobił krok w ich stronę, dokładnie badając reakcję zwiadowców. Widocznie wcale nie był taki głupi, na jakiego wyglądał.
Ku głębokiemu zaskoczeniu Gilana, Will tylko uprzejmie się uśmiechnął.
- Ani kroku dalej. Dobrze ci radzę, stój w miejscu – Gil miał ochotę cicho zagwizdać, bo odpowiedź jego młodszego kompana nie miała już z uprzejmością nic wspólnego, brzmiała raczej cicho i złowróżbnie.
Czyżby Will naprawdę potrafił tak dobrze grać? Udawać, że z jakiegoś nieznanego powodu są całkowicie bezpieczni?
Nagle Gilan doznał olśnienia i zganił się w myślach, że nie wpadł na to wcześniej. Oczywiście! Było coś takiego! Naprawdę mieli w zanadrzu swojego rodzaju broń.

Wyrwij i Blaze pasły się nieopodal, skubiąc trawę z pewnym niepokojem. Tak naprawdę nie wiedziały jeszcze, czy ludzie gawędzący właśnie z ich właścicielami stanowią  jakieś zagrożenie, czy też nie. Abelarda za to, nie było nigdzie widać.
Zbójcy nie mogli obserwować ich obozowiska od dawna, bo Will albo Gilan w którymś momencie z pewnością by się zorientowali. Trafili tu więc prawdopodobnie zupełnym przypadkiem, a  spotykając ich, nie chcieli marnować łatwego łupu. Trochę dobytku, całkiem przydatne namioty i dwa konie, co prawda dosyć dziwne i podejrzanie drobne, ale zawsze.

Teraz Gilan trochę nawet współczuł rabusiom. Tak to się jakoś wszystko ułożyło i niespotykanie zgrało w czasie, że choćby nie wiadomo jak wielką czujnością się odznaczali – nie mogli, po prostu nie mogli mieć pojęcia o obecności Halta. Kiedy tylko młodzieniec to sobie uświadomił, także się uśmiechnął.
Gilan zerknął na swojego towarzysza i znacząco uniósł brwi.
Will za to zmrużył oczy i ledwo dostrzegalnie skinął głową.
W odpowiedzi Gilan wzruszył prawym ramieniem.
Rabusie całkiem zamilkli, przyglądając im się z nieskrywaną fascynacją. Co się tutaj tak właściwie odbywało?
W końcu Will podrapał się po lewym uchu.
Na to oboje odchrząknęli.
- Nie mam zielonego pojęcia, o co ci chodzi – wtrącił w końcu Will.
- Ani ja – odparł lekko Gilan.
Przywódca Wielkiej Piątki Obdartusów aż zazgrzytał zębami. Czy te dwa małe wyrostki śmiały właśnie podkpiwać sobie z niego? Nie powinni czasem z przerażeniem błagać ich o litość? Coś tu nie grało, ale w podobnych sytuacjach zazwyczaj nie roztrząsa się wszystkich za i przeciw. Mężczyzna postanowił działać.
- Dobrze, kończmy ten cyrk – warknął wreszcie i ruszył przed siebie, dając przy tym znak pozostałym, aby także wkroczyli do akcji.
Nie zdążyli przebyć nawet połowy drogi dzielącej ich od zwiadowców, gdy wydarzyło się coś kompletnie niespodziewanego. Wysoki przywódca nagle odleciał do tyłu, jakby za sprawą dziwnej, niewidzialnej siły i uderzył plecami o pobliskie drzewo. Jego pozostali towarzysze wydali głośny okrzyk i potrzebowali kilku naprawdę długich sekund, żeby zorientować się, co tak właściwie przed chwilą się stało. Gilan rozgryzł to o wiele szybciej – otóż kaptur kurty tego nieszczęsnego człowieka został przytwierdzony do drzewa ciężką, ciemną strzałą.
Will jedynie wzruszył ramionami i uniósł ręce w geście poddania się, mającym dać do zrozumienia, że to nie ich sprawka. Przy tym, chwila wcześniejszego wahania napastników wystarczyła, żeby zwiadowcy bez najmniejszych problemów zdążyli sięgnąć po leżące nieopodal noże. Z tak bliskiej odległości nie sposób było przecież używać łuków.
Na chwilę wszyscy znieruchomieli, zatrzymali się w miejscu.
A potem rozpętało się piekło.
Will rzucił się z dzikim okrzykiem na dwóch najbliższych mężczyzn, wymachując bez opamiętania nożami. Ich miny były naprawdę godne zapamiętania, ciekawe co musieli sobie pomyśleć, widząc niskiego i raczej drobnego chłopaka nacierającego na nich z takim zapałem do walki. A co do jego dzikich okrzyków, Gilan zanotował sobie w pamięci, żeby wspomnieć Haltowi o możliwie jak największym ograniczeniu kontaktów Willa ze Skandianami. Parsknął. To się kiedyś źle skończy.
Nagle młodzieniec usłyszał gdzieś w oddali szum krzewów i jak na komendę obrócił się w tamtą stronę. Oczywiście, któż by inny jak nie Halt, właśnie przeskakiwał zarośla z gibkością jakiegoś dzikiego zwierzęcia.
- No dalej, zatańczmy! – wykrzyknął pewnie, zarzucił łuk na ramię i rzeczywiście, niemal tanecznym krokiem, ruszył w stronę przywódcy bandy. Klasyka, że odzyskał dobry humor, kiedy tylko można było znowu trochę powalczyć. Albo, po prostu, zrobić cokolwiek. Każdy z nich mógł to przyznać, ostatnie dni wiały nudą…
Tymczasem dowódca usiłował bezskutecznie wyszarpnąć strzałę z drzewa, lecz grot wszedł stanowczo zbyt głęboko w drewno, nie było na to szans. Gilan pomyślał z rozbawieniem, że tamten mógłby po prostu zdjąć z siebie kurtę i uciec, ale delikwent, prawdopodobnie pod wpływem stresu, nawet o tym nie pomyślał.
- Dobrze się bawisz? – umęczona twarz Willa nagle mignęła mu przed oczami.
No tak, dopiero teraz starszy zwiadowca uświadomił sobie, że dotychczas trochę zaniedbał walkę. Za to Will musiał uwijać się jak w ukropie, żeby odciągnąć od nich czterech rosłych przeciwników.
- Przecież widzę, że świetnie sobie radzisz – odparł ze śmiechem, ale po chwili sięgnął po łuk. Z nożami było jednak trochę zbyt dużo zachodu – a łuk, jedynie zakładasz strzałę, naciągasz…
Dwóch mężczyzn rzuciło się pospiesznie w stronę Gilana. Mógłby, co prawda, załatwić ich na dobre, w przeciągu zaledwie kilku sekund. Tylko po co było mu ich zabijać? Razem z Willem i Haltem jechali przecież właśnie do Zamku Araluen. Tam, bez dwóch zdań, znalazłoby się aż nadto miłych, przytulnych cel dla tych opryszków. Gil postanowił więc spróbować czegoś innego.
Zamiast strzelać do pierwszego mężczyzny, tego bliżej, wycelował w ziemię tuż przed nim. Strzała utknęła w trawie, ale zdążyła przy tym na śmierć przestraszyć biegnącego złoczyńcę. Coś nagle pojawiło mu się przed nogami – nic więc dziwnego, że zachwiał się i potknął.
Można by się spodziewać, że drugi opryszek wyciągnie jakieś wnioski z tego, co zaledwie chwilę wcześniej spotkało jego towarzysza… ale nie. I on poleciał na ziemię jak długi, starając się niezgrabnie przeskoczyć pocisk – najwyraźniej zdawało mu się, że zwiadowca celuje w jego nogę. Ciekawe.
Will już rzucił się na pierwszego z leżących, mocnym uściskiem unieruchamiając mu ręce za plecami. Na jego ustach błąkał się figlarny uśmieszek.
Gilan tymczasem zajął się drugim, większym i silniejszym. Z tym było trochę więcej problemów, ale gdy w końcu dostał z łokcia w plecy i on przestał się wyrywać. Młodzieniec zerknął za siebie – Halt już czekał, mając oko na trzech pozostałych. Gilan nie widział dokładnie, jak mistrz się z nimi uporał, ale patrząc na ich przerażone miny, można było się tylko domyślać, że zafundował im coś niezbyt przyjemnego.
- To się nazywa pracowity poranek – skomentował w końcu stary zwiadowca.
Ani Will ani Gilan, nie mogli nie przyznać mu racji.

Zwiadowcy szybko uporali się z napastnikami. Związali im ręce w nadgarstkach, a nogi w kostkach – to ostatnie nie było co prawda konieczne, bo zbójcy i tak byli już aż nadto bezbronni, ale najwyraźniej sprawiło Haltowi sporo satysfakcji. Tak samo jak późniejsze zakneblowanie ich nowych towarzyszy podróży.
Wszyscy troje, wspólnymi siłami usadzili ich przy ognisku, a sami, jak gdyby nigdy nic, wrócili do przerwanego śniadania. Po zjedzeniu dwóch podpłomyków, Halt nagle o czymś sobie przypomniał.
- Tak właściwie – zaczął, unosząc brwi. – Jak oni się tutaj dostali? – wskazał przy tym na opryszków, których, trzeba było przyznać, zmarnowane miny niemal chwytały za serce.
- Hm – mruknął Gilan, patrząc gdzieś w przestrzeń z niemądrym wyrazem twarzy, mającym udawać najwyraźniej głęboką zadumę.
No tak. Pokonać napastników to jedno, ale właściwie jakim cudem udało im się zbliżyć do obozu na tyle blisko, by stworzyć realne zagrożenie? Coś się za tym kryło, czy zwiadowcy naprawdę poczuli się zbyt bezpiecznie i zapomnieli o stałej czujności?
- Wina Willa – stwierdził jeden.
- Wina Gilana – odpowiedział drugi.
Halt przewrócił oczami.
- Bardzo mnie ciekawi, jak poradzilibyście sobie beze mnie, koczującego w krzakach.
- Halt, spokojnie – rzekł pewnym głosem Will. – Mieliśmy wszystko pod kontrolą.
- Prawda – przytaknął Gilan. – Przecież chyba widziałeś, jak dawaliśmy sobie tajne znaki i ustalaliśmy plan działania? Wszystko szło po naszej myśli.
Halt zerknął najpierw na jednego, potem na drugiego. Nastała chwila ciszy.
- Prawdopodobnie byłoby po was.
- Prawdopodobnie.
________________________

Tak, przepraszam, wiem doskonale – zbyt późno, notka zbyt krótka (chyba najkrótsza w historii najkrótszych notek, jakie kiedykolwiek udostępniłam na tym blogu). Ale, prawdę mówiąc, wolałam dodać takie odrobinę marne i niedopracowane ,,coś”, niż żyć z przerażającą myślą, że nadal nic nie wstawiłam, choć miałam, i to lata temu. Cóż, życie jest okrutne. Rozdział określiłabym jako średni, bardzo przeciętnie średni, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że stać mnie na  więcej. Jak to będzie z tym moim publikowaniem notek w przyszłości kompletnie nie wiem, ale mam szczerą nadzieję, że chociaż tego nie zawalę. Trudno, zobaczymy!

Basiula

OCEŃ WPIS!!! ↓↓↓